Bajki

ale TEKSTY! i tekściki

Bajki i opowiadania dla dzieci

Bajki i opowiadania dla dzieci — okładka

Ratujmy bajki

Hania znów nie mogła zasnąć tej nocy. Tatusiu, mamusiu, opowiedzcie mi bajeczkę. Niestety, rodziców nie było w domu. Teraz wystraszyła się nie na żarty – gdzie wszyscy się podziali? Chodziła w piżamce, boso, po całym domu, ale nigdzie nikogo nie znalazła. Złapała się za głowę – co ja, olaboga, pocznę?!

Nagle, bez błysku i uprzedzenia, pojawił się czarodziej, wróżka, czarny kot i król szachowy, ale naturalnych rozmiarów – bardzo dziwne towarzystwo, a dla dziewczynki po prostu podejrzana grupa osób. Czarodziej, oczywiście, ubrany był w granatowy, czarodziejski płaszcz w gwiazdy, a pod spodem granatową koszulę w gwiazdy i granatowe spodnie w gwiazdy, na głowie nosił granatowy, spiczasty i wysoki czarodziejski kapelusz – w żółte kwiatki. Miał siwe, niemal białe włosy, nawet rzęsy, ale nie dlatego, że był czarodziejem albinosem, ale dlatego, że był bardzo stary. Miał co najmniej czterdzieści lat, jak nie więcej. W ręku trzymał czarodziejską różdżkę, którą czarował naiwnych, a na ramię zarzucał sobie zwykłą, skórzaną torbę podróżną. Przynajmniej wydawała się zwykła, ale – rzecz jasna – była zaczarowana. Mieściła w sobie więcej niż się zdawało, przeważnie jednak niepotrzebnych rzeczy poza jedną, która zawsze się przydaje – a jaką? – to odkrywa się zwykle na końcu, byle nie za późno. Wróżka ubrana była w jakieś jasne tiule. Powłóczyste, pastelowe suknie. Na głowie spięła długie blond włosy w wysoki kok, przyozdobiony diamentowym diademem. Wyglądała niezwykle młodo, jak na swój wiekowy wiek. Kot miał czarne, błyszczące futerko. Król szachowy, poza tym, że nosił się po królewsku, ubrany w stylowy królewski kostium z epoki, z jakiejś epoki, zachowywał się, jakby był z drewna. Nieco sztywny do czasu, aż nie zaczynał się śmiać, wtedy znikały kanty i zmarszczki, cera mu się wygładzała, a korona spadała z głowy.

– Co zrobiliście z moimi rodzicami?! – krzyknęła do nich ze złością, przerywając ich opisy i powstrzymując łzy. Ze złością – ponieważ – dzięki temu, że się złościła, mogła na chwilę zapomnieć o strachu. Bo przecież miała powód, aby się bać. Jedynymi dorosłymi w domu zostali obcy ludzie (wyłączając kota, bo to oczywiście nie człowiek, choć jako czarodziejski kot, bo był czarodziejski, potrafił mówić jak człowiek, ale to jeszcze nie czyniło go człowiekiem. Król szachowy też nie do końca spełniał wszystkie warunki, które pozwalają bezbłędnie określić, czy ktoś jest człowiekiem, czy może czajnikiem na wodę).

W końcu przemówiła dobra wróżka, bo wróżka, jak się okazało, była bardzo dobra. Powiedziała do Hani:

– Dziewczynko, nic się nie bój. Jesteśmy przyjaciółmi.

– Nie mam takich dziwnych przyjaciół.

– No, w każdym razie, chcemy się z tobą zaprzyjaźnić. Z twoimi rodzicami wszystko jest w porządku. To ciebie na chwilę wypożyczyliśmy, że się tak wyrażę, z twojego domu, z twoich czasów, abyś pomogła nam ocalić córkę króla, czyli królewnę, która jest bardzo chora.

– Wypożyczyliście mnie? – powtórzyła zdziwiona Hania – ale przecież wciąż jestem u siebie w domu.

Ale to nie była prawda. Bo dopiero teraz dziewczynka się zorientowała, że nie tylko rodzice jej zniknęli, jakby ich nigdy nie było, lecz także zniknął widok za oknem, zniknęło okno i zniknął dom, w którym było to okno i parę pozostałych. Teraz znajdowała się w jakiejś pozbijanej z desek chatce.

– Nie jesteś u siebie – potwierdziła spostrzeżenia Hani z miłym uśmiechem bardzo dobra wróżka. – Jesteś w naszej chatce na kurzej nóżce.

Dziewczynka z tego wszystkiego usiadła na podłodze i znów chwyciła się za głowę. Nie mieściło jej się bowiem w głowie, to wszystko, co się wydarzyło i dalej się wydarzało.

– Wracając do królewny – ciężko zaniemogło biedactwo. Leży w łóżku i nie chce jeść kaszki z mlekiem. Ani pić ciepłego kakao. Nawet czekoladki do ust nie weźmie. Jest bardzo, bardzo chora, jak na królewnę z naszego bajkowego świata. Nic, tylko by spała i płakała.

– To ja jestem w bajce? – zaczęła powoli rozumieć swoją sytuację Hania.

– To oczywiste. Tylko w bajce chatki mają kurze nóżki, a czarny kot mówi po ludzku!

– To ten kot mówi po ludzku?

– A niby po jakiemu miałbym mówić? – obruszył się kot.

Hania spadłaby z krzesła, gdyby na jakimś siedziała, ale siedziała już na podłodze, więc tylko podrapała się po rozczochranej od pościeli głowie, pościeli wprawdzie już dawno nigdzie nie było, ale rozczochranie pozostało, zwłaszcza że nikt nie dał jej czasu na uczesanie. Nikt też na szczęście nie zwracał na to uwagi.

– Do królewny przyszedł królewski medyk i długo ją badał, aż w końcu powiedział, że jedyne, co ma taką moc, aby ją uzdrowić, to specjalna bajka. Jego zdaniem królestwo cierpi na nadmierny realizm. Czasy współczesne przestały podtrzymywać moc baśniową, dzieci grają w gry, przesiadują przed komputerami, telewizorem albo bawią się telefonami komórkowymi. Bajki tracą moc. Królewna przez to zaniemogła. Zabrakło jej energii z opowiedzianej i wysłuchanej w spokoju bajki. Potrzebowaliśmy więc tych składników, aby ją uzdrowić – dobrej bajki i dobrego dziecka, a na końcu dobrej deklamacji. Wiary w czary i baje.

– To ja jestem dobrym dzieckiem? – zdziwiła się Hania, bo często co innego słyszała od swoich rodziców, gdy za bardzo nabroiła, albo miała zbyt duży bałagan w pokoju.

– Prawdę mówiąc, nie mieliśmy czasu i okazji specjalnie się jakoś za tym rozglądać, więc wzięliśmy pierwsze lepsze dziecko, na jakie trafiliśmy, uznając, że dobre, a nawet lepsze takie niż żadne. Czasem pomaga przypadek – jesteś przypadkowa! – wtrącił czarodziej.

– Jestem przypadkowa? – Hania nie potrafiła ukryć rozczarowania. Przypomniała sobie jeszcze o czymś:

– A co z bajką, która ma zostać opowiedziana? Też macie jakąś przypadkową?

– Nie, nie – pokręcił głową czarodziej – Bajka to twoja sprawa. Ty ją opowiesz. Musisz tylko bardzo wierzyć w bajki i w ich moc. Królewna wyzdrowieje, a ciebie odstawimy z powrotem do twojej rodziny i twojego czasu. U ciebie w domu nie minie nawet minuta, a ty pojawisz się w swoim łóżeczku. Godziny tutaj nie będą miały żadnego znaczenia TAM. Tam wciąż jest teraz.

– Taka mała zabawa zegarem – powiedział szachowy król, specjalista od zegarów szachowych.

Hania nie mogła się zdecydować, jak ma na to wszystko zareagować. Strachem? Płaczem? Krzykiem? Atakiem? Czy ma coś, czym mogłaby zaatakować tych obcych jej osobników? Wciąż była bosa, w samej piżamie. Piżama była bawełniana, różowa w białe kwiatuszki. Wciąż miała rozwichrzone włosy. Wciąż miała też mętlik w głowie. Całe towarzystwo wydało jej się jednak sympatyczne i rozumiała, że potrzebują pomocy. Czemu nie? Skoro potem wszystko będzie takie samo, jak przedtem? Czas, przestrzeń, rodzice – wrócą na swoje miejsce. Albo Hania wróci na swoje.

– Dobrze – powiedziała więc, jak dorosła osoba, choć miała zaledwie siedem lat. – Pomogę wam, jak będę tylko umiała, ale ja niestety nie umiem żadnej bajeczki na pamięć. Zwykle to rodzice mi je czytali z różnych książeczek, a ostatnio to nawet nie mieli na to czasu i tylko włączali mi z komputera audiobuki. Książki, które czytał ktoś inny. Jakiś aktor.

– Drogie dziecko – pocieszyła ją wróżka, bardzo dobra wróżka – to przyjdzie samo. Wystarczy mieć wyobraźnię. Wyobraźnia to jedna z najważniejszych rzeczy na świecie, przynajmniej w świecie ludzi. Ludzie pozbawieni wyobraźni są nieszczęśliwi, nawet jeśli tego sami nie wiedzą. Cały świat opiera się na tych, którzy wyobraźni mają pod dostatkiem. Nie inaczej jest w świecie bajek. Wydaje mi się, dziewczynko, że ty także masz w sobie sporo tego skarbu. To jest prawdziwe złoto! Pilnuj, abyś nigdy tego nie straciła. Wyobraźnia! Niech zawsze nam żyje! A teraz ruszymy w drogę do królewskiego zamku i coś czuję, że kiedy przyjdzie pora, to opowiesz nam taką bajeczkę, że wszyscy, nie tylko królewna, poczujemy się dużo lepiej.

Najpierw chatka na kurzej nóżce podeszła, z nimi w środku, na skraj ciemnego lasu, w którym się znajdowali. Podeszła, a może podskoczyła, ale tak, że nie poczuli dyskomfortu związanego z podskakiwaniem na jednej nóżce. Nawet mleko w szklance stojącej na stole się nie zakołysało, bo, oprócz nich, na środku pokoju w chatce stał stół, a na nim stała szklanka i parę innych rzeczy, jak choćby jajko na twardo w kieliszku do jajek. Jajko jednak przewróciło się i spadło ze stołu na podłogę i się stłukło, bo było w skorupce. Może to i lepiej, bo można było je teraz łatwo obrać i zjeść. Tak też zrobiła Hania, bo wiedziała, że musi wzmocnić się przed przygodami, jakie ją jeszcze czekały. Zjadła jajko i wypiła mleko. Kot w tym czasie dziwnie jej się przypatrywał, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu nie powiedział. Odlała mu trochę mleka na spodeczek od szklanki, który następnie postawiła na podłodze i pochłeptał je przez chwilę w milczeniu, a potem oblizał sobie pyszczek. Chatka wysadziła ich wprost na ścieżkę wiodącą prosto do zamku, jak się wydawało. Ale po drodze miało być jeszcze wiele przeszkód i wiele niebezpieczeństw.

– Tę ścieżkę wydeptały małe stópki krasnoludków, które przemieszczają się ciągle pomiędzy dwoma światami, waszym i naszym – powiedział do Hani czarodziej, ale nie była pewna, czy sobie z niej nie żartuje.

Poszli przed siebie, nie oglądając się na chatkę, która na kurzej nóżce podskoczyła z powrotem na miejsce, gdzie czuła się najlepiej, w gęste chaszcze. Czarodziej prowadził, bardzo dobra wróżka prowadziła Hanię za rękę, za nimi szachowy król prowadził się z czarnym kotem.

Mieli trochę pod górkę, a gdy podeszli na sam koniec tej górki, zobaczyli za nią następną górę i następną, same góry – były to góry ciasta. Trzeba było strasznie uważać podczas marszu, aby nie zapaść się w bezowej Pavlovej, a także, żeby spod nóg nie usypała się posypka. Czarny kot dostał zadyszki. Hani wystąpiły rumieńce na policzki. Tak dotarli do małego, budyniowego morza. Waniliowego. Co za zapach! Dziewczynka zaczerpnęła na początek całe garście budyniu. Był po prostu pyszny. Ta jego pyszność groziła zresztą straszną śmiercią biedakowi, który chciałby przebyć go wpław.

– Ciężko pływać w tak gęstej substancji, ale gdy zatrzymasz się na chwilę, to nie toniesz od razu, ale jesteś powoli wciągany na dno, a zaczyna się to od wciągającego smaku budyniu. Nałykasz się go przypadkiem podczas pływania, ale potem nie możesz przestać go połykać, aż całkiem utoniesz – tak powiedział do wszystkich czarodziej.

Poszukali więc łódki, na której mogli przebyć to małe, zdradliwe budyniowe morze. Była jedna niedaleko, nie za duża, nie za mała, taka w sam raz do pływania dla paru osób i kota. Miała dwa wiosła. Wiosłował szachowy król, bo chciał poćwiczyć dla odmiany jakąś bardziej sportową dyscyplinę od szachów. Płynęli, zasłaniając sobie buzie i nosy, aby ich nie skusił ani smak, ani zapach tego deseru. Nabrali tylko trochę na potem. Czarodziej do swojego czarodziejskiego kapelusza. Nosił go potem przez chwilę pod pachą, jak kuchenny garnek. Na szczęście morze było spokojne. Przebyli je szybko, zanim budyń całkiem zastygł i pokrył się kożuchem.

W chwili, gdy zeszli na ląd, spotkała ich niemiła niespodzianka. Na spotkanie wyszedł im wielki i przerażający brunatny niedźwiedź.

– Dzisiaj to ja chcę was pożreć! – powiedział robiąc groźne, niedźwiedzie miny.

– Dla odmiany gadające zwierzę, co za niespodzianka! – powiedział zgryźliwie czarny, gadający kot.

Niedźwiedziowi zrobiło się głupio, bo zrozumiał, że się nie popisał, chcąc się popisać swoim gadaniem, tym, że gada. Okazało się, że im bliżej Królestwa Bajek, tym bardziej to norma. Raczej większy szacunek budzą ci, co się nie odzywają, bo uchodzą za mądrzejszych niż są. Kiedy natomiast ktoś się już odezwie, nie pozostawia żadnych wątpliwości.

– Macie miód? – spytał, aby ukryć zmieszanie, ale i tak, nawet poprzez futro, widać było, że jest zaczerwieniony. Choć może to od słońca. Była ładna, bajeczna pogoda.

– Mam budyń – powiedział czarodziej pokazując swój kapelusz z budyniem.

Niedźwiedź długo się nie zastanawiał, choć przed nim było całe morze budyniu, przez które przepłynęli przybysze. Przyjął poczęstunek, posiorbał trochę, jak świnka, z kapelusza czarodzieja, a potem pokiwał na zgodę głową, pomachał łapą i udał się do swojego legowiska w jaskini, aby zasnąć na zimę, choć do zimy jeszcze było daleko, ale tak się zawstydził tym wszystkim, że było mu wszystko jedno.

– Nie ma się co dziwić, sypia w barłogu, więc jest trochę dziki – skwitował całą przygodę czarodziej, który zły był trochę na misia, że mu kapelusz wylizał do czysta, dzięki czemu wprawdzie mógł go zaraz bez obaw ubrać na głowę, ale nie mógł zjeść na deser budyniu, bo całe towarzystwo oddaliło się już od budyniowego morza i szło dalej, przed siebie, do widocznego w oddali zamku króla z bajki.

W połowie drogi jednak obskoczyli ich rzezimieszki.

Rzezimieszków było czterech. Dwóch dużych i dwóch małych. Cała czwórka była mocno zamaskowana. Na głowach mieli czarne, skórzane pierogi, na twarzach brązowe chusty, zakrywające usta, policzki i nosy, na nosach ciemne okulary zasłaniające oczy. W ciemnych płaszczach i w rękawiczkach, w skórzanych wysokich butach. W rękach trzymali rusznice – ci duzi. Dwóch małych trzymało po pistolecie. Wyglądali trochę jak piraci, ale najbliższe morze budyniowe było już za nimi, kawałek stąd, a zresztą nie było widać na nim ożywionej żeglugi. Być może dlatego ta czwórka, która właśnie zaczęła kłócić się o łupy, których jeszcze nie zdobyła, musiała zejść na ląd i zająć się zwykłym zbójowaniem na gościńcach. Z charakteru kłótni można było się domyślić, że może to być jedna rodzina. Więksi to rodzice. Niski i wysoki głos. Dwa cienkie głosiki to dzieci. Krzyczały bowiem teraz: my chcemy cukierków! – i wymachiwały swoimi pistoletami.

– Proszę się nie niepokoić – powiedział ten wyższy rzezimieszek o wysokim głosie – nie są nabite.

Nie do końca uspokoiło to wszystkich zebranych. Hania była najbardziej wystraszona, bo pamiętała, że jej tata nie lubił piratów, choć chodziło o tych drogowych, to i tak ogarnął ją lekki niepokój. Szachowy król zażegnał ich obawy. Powiedział:

– Chodźcie z nami do zamku. Z pewnością znajdzie się dla was lepsze zajęcie od zbójowania, a słodyczy jest tam pod dostatkiem, bo królewna nie chce ich zjadać. Codziennie całe tony cukrowej waty zamiatamy z ulic, aby nie oblepiały naszych obywateli. Na teraz zatrudnię was jako naszą osobistą ochronę, aby nic już nie zatrzymało tej wyprawy aż do samego zamku. Będziecie chronić nas przed zbójeckimi napadami.

Rzezimieszki chętnie na to przystali, bo słabo im szło zbójowanie, nikogo jeszcze nie udało im się skutecznie obrabować, bo prawie nikt ostatnio tędy nie chadzał. Inna sprawa, że chętni byli do ochrony przed rozbójnikami, bo dobrze wiedzieli, że byli jedyni w okolicy. Nie czuli więc strachu. Bardziej obawiali się niedźwiedzi i smoków, ale tych ostatnich nikt dawno już nie widział w królestwie.

Wszyscy ruszyli więc dalej. Po górach, morzu budyniowym, niedźwiedziu i rzezimieszkach myśleli, że nic złego już nie może się im przytrafić, zamek był coraz bliżej, tak blisko, że widzieli odblask słońca w szklanych oknach, ale nagle, niespodziewanie musieli się zatrzymać. Natrafili na przeszkodę. Ogromną przepaść, szeroką na wiele stóp, łokci i palców, głęboką aż do środka ziemi.

– Ostatnio musiała ziemia się tu rozstąpić, bo wcześniej nie pamiętam, aby coś takiego było w okolicy – powiedział jeden z wyższych rzezimieszków, ten o niskim głosie i szerokich barach. Zrezygnowani i przecież już zmęczeni całą tą podróżą, przysiedli na skraju przepaści. Czarodziej znudzony rzucał do przepaści kamyczki i nasłuchiwał odgłosów ich uderzania o dno, ale żadnego odgłosu nie było słychać, co potwierdzało tylko pierwsze ich wrażenia, że przepaść ta była bezdenna. Zapewne jak ich rozpacz. Jak to, więc wszystko było nadaremno?

W końcu czarodziej wstał, otrzepał swoje szaty i otworzył torbę, którą ze sobą nosił. Z torby wyciągnął coś, co wyglądało jak dywan, bo było dywanem. Na oko – perskim.

– Co to? – zapytała dobra wróżka.

– Nie widać? Dywan – odpowiedział niedobry czarodziej.

– O, jaki ty jesteś niedobry, że tak mówisz do mnie, swojej dobrej wróżki – powiedziała dobra wróżka, mrugając do niego filuternie okiem.

– No, dobra. To latający dywan. Wsiądziemy wszyscy na niego i przelecimy bez trudu nad przepaścią, a może nawet od razu polecimy na zamek – powiedział uspokajająco czarodziej.

– Jak to? Miałeś go cały czas? I dopiero teraz nam o tym mówisz? Mogliśmy przecież przelecieć całą drogę!

– No, tak, ale wtedy nie byłoby przygody. Co to za frajda polecieć sobie latającym dywanem, kiedy można iść i przeżywać różne niebezpieczne rzeczy?

– Równie dobrze mogliśmy ich „nie przeżyć”. A królewna? Nie pomyślałeś o tym, że na nas czeka?

– Przecież czas tu nie gra żadnej roli, a ją po prostu trzeba uzdrowić. Czekała tyle, to nic się nie stało, że poczekała trochę dłużej. Może, w tym czasie jej się poprawiło i wcale nie będziemy jej do niczego potrzebni?

Niemniej czarodziej dłużej już o tym nie mówił, tylko zapakował wszystkich na dywan, był to bowiem bardzo duży dywan do salonu, a w torbie się zmieścił tylko dlatego, że to była czarodziejska torba. Oprócz dywanu czarodziej trzymał w niej wiele innych rzeczy, takich jak lokomotywę wąskotorową, oswojonego nietoperza i orkiestrę dętą, bo bardzo lubił dęte orkiestry. W tych okolicznościach jednak znalazł jedynie zastosowanie dla latającego dywanu.

Unieśli się i pomknęli przez bajkowe, szmaragdowe niebo. Otaczały ich morelowe chmury, latały wokół rajskie ptaszki, kolorowe kolorami tęczy. Latały wokół latające krowy. Latały małe, kobaltowe słonie. Całkiem dużo rzeczy i stworzeń wokół nich latało, więc musieli włączyć się bezpiecznie w pasmo nadpowietrznego ruchu, uważać na znaki drogowe i zbyt wysokie drzewa, a także na latających Holendrów, którzy potrafili zachowywać się jak piraci. Niemniej, z każdą chwilą zbliżali się teraz do celu swojej podróży. Mogli podziwiać zamek w całej okazałości. Robił piorunujące wrażenie.

– Ma dziewięćdziesiąt dziewięć wieżyczek – pochwalił się szachowy król.

– A dlaczego nie sto? – spytała zaciekawiona Hania. Król zrobił niepewną minę, chwilę się zastanawiał i w końcu odpowiedział:

– Nie mam pojęcia! Zabrakło cementu? – snuł domysły.

– I tak jest bardzo ładny – zapewniła go dziewczynka.

Raz dwa dolecieli do zamku, wlecieli przez otwarty balkon do sypialni królewny, oczywiście zapukali wcześniej w uchylone drzwi balkonowe. Nie miała nawet sił powiedzieć „proszę”. Przy jej łóżku czuwała zupełnie niekanciasta królowa. Piękna, ale smutna matka, jak to tylko matki potrafią być smutne i zmartwione z powodu smutków swoich dzieci, nawet tych wymyślonych na potrzebę bajki.

Królewna leżała biedna, blada, nieszczęśliwa. Z zamkniętymi oczami, jak śpiąca królewna. Jakby spała albo była nieżywa. A może po prostu bardzo słaba. Ledwo oddychała. Hania jak tylko zobaczyła królewnę, bardzo się zdziwiła. Myślała, że będzie przypominała swoich rodziców – będzie kanciasta jak szachowy król, albo krągła jak szachowa królowa, ale wcale nie. Przypominała bardzo Hanię, była niemal identyczna, niczym odbicie w lustrze. Tym bardziej był to dla niej smutny widok. Nie wiedziała już nawet sama, czy użala się nad królewną, czy nad sobą.

I Hania zaczęła opowiadać bajkę, choć łzy cisnęły jej się do oczu. Bajkę o tym, jak to dawno, dawno temu był sobie wielki czarodziej – dosłownie, bardzo, bardzo duży Czarodziej, Stworzyciel Światów i, kiedy prawie nic nie było tutaj w okolicy, napisał światłem na czarnej tablicy kosmosu słowo „bajka”. I od tego się zaczęło. Stworzył bajkowy świat, pełen smoków, mamutów, wielkich paprotek, a na samym końcu neandertalczyków, pierwszych niby ludzi o bardzo zręcznych dłoniach, którzy – tylko udając przed historią tępych – znali różne sztuczki, sztukę i rękodzieło, a także wiedzieli, co to ogień i tylko czekali na pierwszych rozumnych ludzi, aby się z nimi zaprzyjaźnić i tym wszystkim podzielić. Ludzie jednak okazali się prawdziwymi potworami – nie tylko zajęli miejsce neandertalczyków, jakby ich nigdy nie było, ale także wyparli się bajek. Coraz bardziej i bardziej żyli życiem oddzielonym od bajki, ponieważ uważali, że życie bajką nie jest i stosowali przemoc, choćby po to, aby wywołać deszcz, bo lubili, kiedy padał. Tańczyli wtedy radośnie na ulicach i śpiewali. Czarodziej, Stworzyciel Światów oddzielił więc świat ludzi od świata bajek. Inaczej pewnie świat bajek szybko przestałby istnieć, zniknąłby zupełnie nie wiadomo gdzie, jak mamuty, wielkie paprocie i neandertalczycy. I odtąd do świata bajek trafiali tylko wybrańcy. Ludzie dobrzy, obdarzeni wyobraźnią, którzy od rzeczywistości woleli piękne marzenia. Te światy żyły sobie przez całe lata obok siebie i miały się dobrze, każdy z osobna. I choć pewnego dnia zaniemogła na chwilę królewna z Królestwa Bajek, to – na szczęście – szybko doszła do siebie, ponieważ odkryła, że postacie z bajek także mogą mieć marzenia, także mogą marzyć i w ten sposób wymyśliła i wymarzyła sobie na powrót wszystko to, co było przedtem, a na chwilę się zgubiło, i wszystko to, co tylko wcześniej sobie wyśniła.

Sny i marzenia dobrych postaci, ich wyobraźnia, mogą zdziałać cuda. Im więcej osób marzy i sobie wyobraża dobro, tym jest lepiej. Trzeba tylko zacząć od siebie. Każde marzenie, każda bajka ma moc większą od zła całego ludzkiego świata. Przekracza granice wyobraźni i, w końcu, znowu połączy świat ludzi ze światem bajki. I zapanuje wieczny pokój na Ziemi – zakończyła Hania. Możliwe, że to wszystko było opowiedziane inaczej, zupełnie innymi słowami, takimi, jakie zna tylko siedmioletnia dziewczynka, ale z grubsza chodziło dokładnie o taką historię i Hania była pewna, że właśnie taką historię opowiedziała, a może nawet znacznie lepszą, bo potrafiła sobie to tak wyobrazić.

I kiedy skończyła opowiadać jej swoją bajkę, królewna rzeczywiście zaczęła się budzić. Wyglądała o wiele lepiej niż wcześniej i Hania znów miała wrażenie, że jest dokładnie taka sama, jak ona, jak odbicie Hani w lustrze. A kiedy królewna otworzyła oczy i spojrzała na dziewczynkę, ta nagle zrozumiała, że to ona sama otworzyła oczy, że to ona, Hania, była tą królewną i właśnie się przebudziła. Była we własnym domu, tak, jak zawsze, odkąd tylko pamięta. Rozejrzała się po pokoju, było wcześnie rano, słońce już świeciło w okno, nikogo prócz niej samej nie było w pobliżu. Wszyscy zniknęli, zniknęło bajkowe królestwo, królowa i król, wróżka, czarodziej i kot. Zniknęła także królewna, albo raczej królewną okazała się być Hania, która się obudziła. Obudziła się ze snu i jest w swoim pokoju. Jest wcześnie rano, tak wcześnie, że śpią nawet jeszcze jej rodzice. Poszła po cichu, na palcach, pod ich pokój i usłyszała przez drzwi chrapanie taty. To ją całkiem uspokoiło. Wszystko jest w porządku. Wróciła do swojego łóżka. To wszystko było nieprawdziwe, to wszystko mi się przyśniło!

Ale zza firanki wyszedł czarodziej, spod łóżka wyjrzał czarny kot, a z szafy dobiegło ją chichotanie wróżki, którą połaskotał w koniuszek nosa frędzelek z szalika Hani, zwisający tam od zimy z wieszaka.

– Schowaliśmy się, aby cię nie przestraszyć – powiedział czarodziej. – Mamy dla ciebie kolejne zadanie. Trzeba pokonać smoka, który z powodu zbyt silnej magii twojej bajki wykluł się niespodziewanie z jajka i zaatakował królestwo.

– Mam mu opowiedzieć jeszcze jedną bajkę? – zapytała zdziwiona.

– Ależ skąd! Masz zastawić na niego pułapkę z nadzianym siarką baranem. Zobaczysz, teraz pójdzie ci łatwiej niż za pierwszym razem.

Hania pacnęła się w czoło i padła na łóżko. Rodzice zaczęli krzątać się w przedpokoju i kuchni, gdzie mama włączyła ekspres do kawy. A całe towarzystwo – wróżka, czarodziej, czarny kot – rozsiedli się wygodnie w pobliżu łóżka Hani, czekając, aż wstanie i coś postanowi. Zegar na ścianie powoli przesuwał wskazówki minuta za minutą, ale czas przecież nie grał tu żadnej roli. Byli ponad to. Bajki bowiem są ponadczasowe.

więcej bajek w pełnej wersji książki (EPUB, PDF) na Empik.com, Virtualo.pl

Przewijanie do góry