powieści

ale TEKSTY!

Mamy morderstwo!

Okładka: Mamy morderstwo!

Rozdział 1: Dziewczyna w błękitnej sukience

Obudził się potwornie zmęczony, choć spędził w łóżku ponad osiem godzin. Źle spał. Cały spocony, próbował otrząsnąć się ze snu, który ostatnio powtarzał mu się niemal każdej nocy. Dziewczyna w błękitnej sukience zmysłowo tańcząca pośrodku leśnej łąki pełnej polnych kwiatów. Szczupła, długowłosa brunetka, miała może ze dwadzieścia lat, a on miał ponad dwa razy więcej i to go niepokoiło. Bo na jawie nigdy o tym nie myślał. O młodych kobietach o dziewczęcej urodzie. Czy przeżywał kryzys wieku średniego?

Wiek średni, jak mógłby sam ocenić, przeszedł mu nie wiedzieć kiedy, niczym nieleczone przeziębienie. Teraz to chyba kryzys wieku starczego – myślał w tonacji użalania się nad samym sobą, choć daleko mu było do zasuszonego staruszka.

Oczywiście to była jego własna matematyka przemijania. W ten sposób dzielił swoje okresy życia niezależnie od całego świata. Zwłaszcza, że dzisiaj te granice wciąż przesuwane są w pogoni za młodością. Ludzie żyją dłużej niż żyli sto lat temu. W czasach Jane Austen dawno spisaliby go już na straty i pytali, czemu jeszcze nie umarł.

Pamiętał, jak jego ojciec, gdy skończył sześćdziesiąt lat, zdawał się przeżywać drugą albo trzecią już młodość. Zrobił prawo jazdy, nauczył się korzystać z komputera i dobrodziejstw Internetu i podrywał babki, dosłownie babki – na zaawansowanej emeryturze, przez portale społecznościowe. Odrywał je od ich wnuków i woził do siebie albo nocował u nich uprawiając namiętny seks, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał ich wiek i schorzenia geriatryczne.

Musiał przyznać, że tato raczej nie był wzorcowym typem romantyka – o, nie! – ale za to ostatnie lata swego życia przeżył bardziej intensywnie, niż wielu innych swe lata młodzieńcze. W tamtym czasie, w nielicznych chwilach wspólnych zwierzeń powtarzał mu, jak mantrę, nabyte z wiekiem mądrości na tematy damskie, w rodzaju: „lubię te dojrzałe, synu” – cokolwiek to miało znaczyć – „i gdy jest za co chwycić!”.

Umarł nieledwie dekadę potem i stojąc przy jego łóżku, gdy konający ojciec był już nieprzytomny, Kowalski pewnie nie czuł takiego żalu, jaki odczuwałby, gdyby tata wcześniej zadręczał się smutkami w samotności.

W dniu pogrzebu Kowalski nawet lekko się uśmiechał, gdy wynajęty, przypadkowy ksiądz jąkając się odprawiał modły nad otwartym grobem, w którym, na wieku trumny, raz po raz, wraz z garstkami ziemi, lądowały pastelowe reformy zgromadzonych z tej okazji na cmentarzu mocno dojrzałych kobiet i pogrzeb jego taty w dzień słoneczny był jak pochwała życia. Ten oto człowiek dobrze sobie pożył.

Liczne wielbicielki składały później kwiaty na jego grobowcu. Tęskniły bowiem za tym wiekowym Casanovą, który, wyperfumowany, przyjeżdżał do nich – w eleganckim garniturze, kamizelce i koszuli pod krawatem, z bukietem kwiatów – małym Fiatem, czerwonym.

Pędził nieraz przez deszcze i śniegi na drugi koniec kraju, prędko pakował je do samochodu odpowiednio rozsuwając siedzenia i lądowali ostatecznie w niezasłanym wyrku, chichocząc i baraszkując, w towarzystwie szlagierów sprzed pół wieku – wśród których królował ulubieniec jego ojca, Joe Dassin (nawiasem mówiąc syn świetnego reżysera) – puszczanych z odtwarzacza empetrójek na laptopie.

„Et si tu n'existais pas” – a gdybyś nie istniała? Naprawdę romantyczny kawałek.

Jednak on nie był swoim ojcem. Czuł się stary, odkąd stał się pełnoletni, jeśli nie odkąd się urodził. Teraz, zbliżając się do emerytury, czekał już tylko na swoją śmierć. Może to depresja, a może był tylko przygnębiony i – inaczej niż jego ojciec – rozczarowany swoim życiem.

O takiej dwudziestolatce mógłby więc co najwyżej pomarzyć. Ale przecież nie marzył. Nie był żadnym słynnym reżyserem, czy podstarzałą gwiazdą rocka. Nie poszukiwał dodatkowego wspomagania, prócz porannej kawy i suchego precla. Był zwykłym Kowalskim. Codziennie szedł z teczką do pracy, aby „podbić kartę”.

Na takich jak on, przegranych przeciętniaków, nie spoglądały nawet przeorane życiem kobiety w jego wieku. Co dopiero dziewczyny, które mogłyby być ich córkami (jego i tych kobiet). Inna sprawa, że ze swoją byłą żoną nie starali się o dzieci. To porównanie byłoby więc nietrafione – nie mogłaby być jego córką – warto to tu uściślić, gdyby ktoś jakimś cudem poznał treść jego snów oraz jego metrykę i chciał mu coś zarzucić.

Był jednak pewien, że sam sobie nie może nic zarzucić, żadnych niezdrowych fascynacji młodością, tu musi chodzić o coś innego. Niestety podświadomość niechętnie zdradza swoje tajemnice. Senniki egipskie najczęściej są tu bezsilne. Przynajmniej w jego przypadku – ilekroć sprawdza w nich swoje koszmary.

Czy to jednak koszmar? Z pewnością nie dla niego. Koszmarem byłoby dla takiej dziewczyny, gdyby wiedziała, że śni się komuś takiemu, jak on. Nie mówiąc o takim koszmarze, gdyby to on, tańczący czy nie, przyśniłby się jej.

Tańcząca młoda kobieta to małe dzieło sztuki z kuźni snów w jego umyśle. Może nie wzbudza w nim większych emocji, ale jest to po prostu ładne, jak pokaz nowoczesnego tańca w domu kultury. A on lubi kulturę, choć niekoniecznie rozumie nowoczesny taniec. Czuje, że w tym śnie zawiera się coś więcej, czego nie udało mu się dotąd rozszyfrować i być może nigdy mu się to nie uda.

Inna sprawa, że dziewczyna ze snu przypomniała mu wszystkie jego młodzieńcze, zupełnie niespełnione miłości. Te wszystkie wspaniałe dziewczęta i jego potencjalne, alternatywne ścieżki życia, w których do dzisiaj funkcjonuje jakaś wersja jego osoby z jedną z tych piękności. Czy nadal zachowałyby coś z tej świeżości, jaką daje młodość i niewinność? Czy on coś w sobie zachował z tamtych czasów? Raczej nie „niewinność”, może naiwność. Z pewnością niechlujność.

Wyświechtane spodnie od piżamy i podkoszulek miał przepocone i lepiące się do ciała. Postanowił coś z tym zrobić i poczłapał do łazienki.

Lustro nad umywalką pokazało mu twarz chorego człowieka, z workami pod przekrwionymi oczami. Twarz nabrzmiałą, wręcz opuchniętą i zacienioną kilkudniowym zarostem. Pomarszczoną niczym pyski tych małych, pierdzących buldożków tak teraz modnych jako towarzystwo na spacerach zblazowanych mieszczek. Mocno przerzedzona fryzura sterczała mu na wszystkie strony, jakby włosy w panice chciały opuścić ten tonący okręt. Tak jak wieki temu opuściła go żona, choć lubił sobie wyobrażać, że zaplanowali to wspólnie, ale dobrze wiedział, że podjęła decyzję pierwsza, a on jej tylko w tym dopomógł. Ułatwił zadanie. Swoją biernością i zaniechaniem.

Życie kawalerskie może nie jest złe po dwudziestce, ale kiedy kończy się pięćdziesiąt lat staje się żałosne. Cisza pustego mieszkania z czasem robi się tak nieznośna, że zaczynasz mówić sam do siebie, aby tylko to przerwać. Aby tylko to przetrwać. A w nocy do twojego ciała nie przywiera inne – ciepłe i aksamitne w dotyku, ale własne nieświeże, wyświechtane gacie.

Wziął krótki prysznic, ubrał się i wyszedł na zakupy do pobliskiego sklepu. Kupił papier toaletowy i kaszankę. Z tą kaszanką postanowił zaszaleć, w końcu ma dzisiaj urodziny, a to smak z dzieciństwa, kiedy w domu nie było za dużo pieniędzy, kaszanka była zastępstwem luksusu. Nie czekolada czy ciastka, ale właśnie wieprzowa kiszka. Dzisiejsza młodzież tego nie zrozumie, ale paradoksalnie dziś to rzeczywiście byłby luksus – w porównaniu z tą kaszanką, którą kupił w sklepie obok domu. Naszprycowana chemią zaczęła nieprzyjemnie śmierdzieć, gdy ją tylko podgrzał na patelni, a w smaku na próżno próbował przywołać wspomnienia tamtej, odległej kaszanki, którą smażył mu na patelni jego tata. Najwidoczniej każdy ma taką magdalenkę, na jaką sobie zasłużył. Proust miał gust bardziej wyrafinowany, Kowalskiemu bliżej do chińskich ciastek z wróżbą. Jednak i jego ciasteczko szczęścia okazało się puste. Nie przywołało smaku dzieciństwa, choć pewnie zawierało mnóstwo pierwiastków chemicznych, na których mógłby powtórzyć sobie tablicę Mendelejewa.

Rozdział 2: Posterunek Melancholia

Przebrał się w mundur, wypił kubek rozpuszczonej kawy i wyszedł do pracy.

Praca była miejscem, które na swój sposób lubił. Przede wszystkim za to, że nie miał tam wiele pracy. Było to bardziej miejsce towarzyskich spotkań, choć nie należał do zbyt towarzyskich osób. Wystarczyło mu, że spotkał w ciągu dnia kilku uprzejmych dla niego ludzi i w ten sposób ładował swoje mentalne baterie. Tak było w tym przypadku. Parę miłych osób i trochę pozytywnej energii. No, może chociaż nie negatywnej – a to już coś w dzisiejszych, smutnych czasach.

Był komendantem na posterunku policji w małym miasteczku, w którym nikt nie popełnia przestępstw. Idealna sytuacja. Nie musiał spieszyć się do pracy, po pracy nie spodziewał się późnych, alarmujących telefonów. Nie wiedział nawet, gdzie ma swoją służbową broń, ponieważ nigdy jej nie potrzebował i gdzieś ją odłożył tak dawno, że nie pamiętał gdzie. I to też nie było złe, bo nikt nigdy specjalnie go tu nie sprawdzał. Nikomu nie chciało się tarabanić na koniec świata, do zapomnianej miejscowości, w której nic się nie dzieje. Poprawiał innym średnią i to wystarczało, aby kontrole ograniczyć do okazjonalnych telefonów, by potem nieznacznie koloryzować raporty z nigdy naprawdę nieodbytych inspekcji.

Cenił sobie ten spokój i gnuśniał, jak niedźwiedź zamknięty w ciasnej klatce. Może dlatego opuściła go żona – chciała wydostać się na świat. Widziała, co z nim się dzieje, że coraz mniej cokolwiek mu się chce. Jakby jego życie polegało tylko na biernym przeżyciu go do samego końca. Razem z nim gnuśniało jego otoczenie – mieszkanie, które od lat nie było remontowane, popsute domowe sprzęty, a także komisariat, z odłażącą z lamperii olejną farbą.

Przeszedł przez całe miasto, bo miał jeszcze trochę czasu, chciał odetchnąć świeżym powietrzem, pomyśleć jeszcze o swoim życiu, jakim mogło być, jakim się stało i jakim może być, kiedy przejdzie na emeryturę. No i raz na jakiś czas chciał spalić trochę kalorii. Przeważnie albo siedział za biurkiem, albo woził swój policyjny tyłek po mieście. Tak nie pozbędzie się wagi, raczej będzie dalej jej nabierał. Jeśli jego stanowisko miało mieć właściwe znaczenie i wagę, to nie o taką wagę mu chodziło.

Wszedł teraz do swojego biura i zastał na odrapanym biurku ładny biały talerzyk z tkwiącym pośrodku ciastkiem z kremem – nomen omen napoleonką – na wierzchu tkwiła zapalona świeczka, podwładni wiedzieli, kiedy ją zapalić – nie za wcześnie. W powietrzu jeszcze czuło się zapach siarki z potartej zapałki. Ta siarka to jednak był zapach raju, a nie piekła. Zajrzeli przez uchylone drzwi:

– Wszystkiego najlepszego, szefie – powiedziała Zofia, starsza od niego i może bardziej zmęczona życiem kobieta. Też samotna. Wdowa – od jakichś dziesięciu lat. Na jej widok zdmuchnął swoją świeczkę i schował czym prędzej do kieszeni.

Czy myślała czasem o nim – że mogą mieć szansę? Raczej nie. Przyjaźniła się z jego żoną i miał wrażenie, że przez to go nie lubiła. Babska solidarność. Wyobrażał sobie te lata zwierzeń, skarg, narzekań na niego. Nie mógł nikogo za to potępiać, chyba że samego siebie. Cokolwiek złego o nim mówiły, pewnie się nie myliły. Rzeczywiście taki był. Jemu to nie przeszkadzało i teraz tym bardziej już nie musi się tym martwić.

– Dziękuję, moi kochani, jestem cholernie wzruszony, że pamiętaliście. Naprawdę to doceniam – powiedział automatycznie i zażartował – uwzględnię to przy przyznawaniu premii.

Jak zwykle nikt się nie zaśmiał. Musi popracować nad swoją vis comica.

Za Zośką – pomarszczoną i pstrokato umalowaną, tlenioną blond z odrostami i w niedopiętym na pulchnych kształtach mundurze – zajrzeli młodzi. Świeży narybek, przynajmniej tacy byli parę lat temu. Pełni werwy i tych różnych cech, które ma się na początku wszystkiego – życia, pracy, a co z czasem się traci w miejscach takich jak to, z ludźmi takimi jak on.

Piotr – dwudziestoparolatek, przystojny brunet, nieco zaspany, zawsze ziewający, ale ukradkiem – wciąż trzymał pewien poziom. Mundur w nienagannym stanie. Wystylizowany wygląd, choć dla komendanta wystylizowaniem wyglądu było już samo dbanie o niego. Modna fryzura, ogolona twarz, czyste, wyprasowane ubranie i wyczyszczone buty. W butach Piotra mógłby się przejrzeć, na swoje wolał nie patrzeć, aby nie dostać mdłości. Kawaler, ale taki chłopak nigdy nie będzie samotny. Nie wiedział wiele o jego życiu osobistym. Nie był ciekawski, nie wypytywał na siłę, a Piotr nie był zbyt wylewny. Nie wydawał się jednak skrywać jakichś mrocznych tajemnic, zwłaszcza że ciągle, do wszystkich, miło się uśmiechał. Po prostu był prosty. Z tym że nie był przy tym prostacki, ani głupi. Raczej był typem optymisty bez względu na to, co się zdarzy. Na jego szczęście nic się nigdy takiego nie zdarzyło, co wytrąciłoby go z tego stanu.

Za Piotrem pojawiła się Teresa, tydzień wcześniej obchodzili JEJ urodziny, trzydzieste szóste. Dosyć smutne, bo dopiero co rozstała się z narzeczonym. Być może teraz romansuje z Piotrem, ale tego jedynie się domyślał. Nie potrafił czytać w ludzkich twarzach, a tym bardziej w ich sercach. Przeciętnej urody wydawała mu się – po latach jego samotności – niebywale atrakcyjna. Jeśli kiedykolwiek o kimś w nocy marzył, to właśnie o niej, ale nie potrafił wyobrazić sobie nic konkretnego. Najwyżej puste obrazy pozbawione znaczeń, wiedział bowiem, że życie z nią razem byłoby niemożliwe. Z czasem tak zaczął myśleć o każdym potencjalnym związku.

Niektórzy lubią usprawiedliwiać rozwiązłość teorią mówiącą, że ludzie nie są stworzeni do monogamii, bo ewolucja zmusza ich do poligamicznych zachowań, seksualnych podbojów, rozsiewania po świecie swoich potomków, aby ocalić gatunek. On miał inne zdanie na ten temat. Uważał, że ludzkość nie jest stworzona do żadnych związków. To narcystyczna rasa skazana na zagładę i tylko przez wymuszoną biologicznie prokreację odradzająca się raz za razem po każdym upadku.

Nie miało to wiele wspólnego z Teresą. Ta stanowiła jakby odrębny gatunek, fantastkę bujającą w obłokach. Może dlatego ona także nie miała szczęścia w miłości. Uwielbiała czytać książki. Szczególnie literaturę fantastyczno–naukową. Przeszła przez całą „Fundację” Asimova, pustynne „Diuny” Herberta i zaliczyła wiele psychodelicznych podróży z Philipem K. Dickiem. Nie wyobrażał sobie nawet, co nosiła przez to w swojej głowie. Jaką mnogość fantastycznych światów. Chorych, niebezpiecznych wizji i popapranych teorii. Czasem zdawała się śnić na jawie. Jakby tu była obecna tylko ciałem, ale duchem brała udział w jakiejś kolejnej ważnej misji międzyplanetarnej. Teraz pojawiła się w drzwiach ostatnia, lecz nie przyłączyła się do życzeń. Mundur był na nią zbyt luźny, jakby ostatnio schudła, ale zawsze taka była. Źle dobierała sobie ubrania. Te prywatne i te służbowe. Włosy miedzianego koloru na tę okoliczność nieco przylizała, jednak sterczały jej pojedyncze, niesforne koguty. Była blada, aż przestraszył się, że coś jej jest, ale też taka spodobała mu się jeszcze bardziej, wydała mu się bardziej realna i osiągalna. Przez chwilę poruszała bezdźwięcznie ustami, przez co wyglądała na brzydszą i zarazem – dla niego – piękniejszą. W końcu to wymówiła:

– Mamy morderstwo!

ale TEKSTY!

Perturbacje. Ballada barbarzyńcy

Okładka: Perturbacje. Ballada barbarzyńcy

Rozdział 1: Kolejny rekord z głowy!

W powietrzu wciąż jeszcze unosiła się, wirowała, po prostu leciała przed siebie odcięta ludzka głowa.

Oonan, który wprawił ją w ten wznosząco–wirujący ruch przez chwilę obserwował ją bez większych emocji, raczej z naukową ciekawością.

Głowy, nawet głupich ludzi, wbrew obiegowym opiniom nie bywają puste i swoje ważą. Przeważnie trzeba dużej siły, aby obcinając ją wyprawić głowę w dłuższą podróż na przekór prawom grawitacji. W innym przypadku od razu głucho uderzają w ziemię i zawadzają pod nogami. Oonan był doświadczonym wojownikiem i wiedział, co znaczy baletowe przygotowanie do walki i jak bardzo w czasie potyczki z wrogiem liczy się praca nóg. Wojownik będąc obciążony bojowym ekwipunkiem jest mocno niestabilny, nogi w takich chwilach potrafią być decydujące, choćby o tym, czyja głowa zostanie zmieciona z karku. Lepiej wtedy głowę przeciwnika mieć z głowy niż potknąć się o nią i narazić swoją.

Jak dotąd to Oonan – który był mistrzem w wywijaniu swoim naprawdę długim mieczem młynka – wygrywał wszystkie takie pojedynki. Aż w końcu wpadł w taką rutynę, że zaczynało go to nudzić i coraz częściej zaczynał zastanawiać się nad tym, czy nie darować życia takiemu nieszczęśnikowi, którego głowa miała zaraz wzlecieć. To byłaby rzecz jasna przesada. Na polu walki nie ma miejsca na ludzkie uczucia, zwłaszcza, że ci ludzie nawet na innych polach żadnych uczuć nie przejawiali, więc zachowanie Oonana mogłoby spotkać się z bardzo złym przyjęciem. Nie tylko ze strony wroga, ale też od strony własnych ludzi, a przed tymi zza swoich pleców znacznie trudniej się obronić.

Dlatego Oonan zaczął wymyślać sobie rekordy lotu w dal odciętej głowy. Śledził je, jeśli tylko sytuacja na to pozwalała i w myślach robił zakłady. Czy tym razem będzie to sześć stóp, czy dwadzieścia osiem...? Na usprawiedliwienie takich barbarzyńskich zwyczajów trzeba wyraźnie powiedzieć, że Oonan był barbarzyńcą. Nie tylko nie wyróżniał się tym w swoim otoczeniu, ale nawet w swoich czasach, bo czasy były okrutne.

Poza tym głowa należała do prawdziwego łajdaka, który całym swoim dotąd łajdaczeniem z nawiązką zasłużył na swój los.

Głowa wreszcie spadła.

– Nowy rekord! – powiedział na głos Oonan, a ludzie za nim zaczęli wiwatować, krzyczeli:

– Oonan to swój człowiek! Oonan na króla świata. Oonan i jego miecz!

Oonan nie był z tego zadowolony.

– Z kim ja się zadaję? – pomyślał – to przecież zupełne prymitywy.

I kiedy opadł bitewny kurz, kiedy zaczęło się rabowanie ciał poległych oddalił się na pewną odległość, a potem jeszcze następną, aż nikt już go nie widział. I nikt z tych strasznych wojowników, spośród których Oonan był najstraszniejszy, nigdy go już nie zobaczył. Większość zresztą nie dożyła następnych wakacji. Zawód wojownika był, zwłaszcza tam i wtedy, zawodem wysokiego ryzyka.

I Oonan postanowił się przekwalifikować.

Zostać piosenkarzem – nazywanym wtedy bardem.

Nie zdawał sobie sprawy, że absolutnie nie posiada żadnego słuchu, ani głosu i jego śpiew wyrządzić może więcej nawet złego, niż jego wojowanie.

Ignoranci jednak nie przejmują się rzeczami, o których nie mają pojęcia. Oonan ruszył przed siebie w wyśmienitym humorze. Nie bał się nikogo ani niczego. To jego wkrótce świat miał zacząć się na poważnie obawiać. Jego śpiewu...

Rozdział 2: Jak nie zostać bardem i przeżyć

– No i się nie da! – mruczał do siebie Oonan rozbijając kolejne głowy. – Nie da się całkiem zerwać z przeszłością! Chciałem śpiewać, miałem możliwości, odpowiednie warunki – mocny głos, duże płuca i odpowiednią prezencję, wzbudzającą szacunek posturę, ale się nie da. Przeszłość zawsze cię dogoni! – powiedział to w twarz osiłka przed sobą, zanim mu tę twarz wymazał z czaszki swoją pięścią do gumowania.

Jak do tego doszło? Przecież był na dobrej drodze, potem wprawdzie zaczął kluczyć i zszedł z głównego traktu. Jak powszechnie wiadomo, głównego traktu zawsze bezwzględnie należy się trzymać, bo kiedy z niego schodzisz możesz wpakować się w nieszczęście. Mroczne, zarośnięte chaszczami leśne dróżki nie są dla spokojnych podróżnych najlepszym miejscem na odpoczynek. Trzeba jednak przyznać, że to Oonan zwykle reprezentował to nieszczęście, które mogłeś spotkać w niewłaściwym miejscu na leśnym spacerze.

Są tacy, co radzą, żeby jednak nie spacerować po lesie, a czasem nawet nie spacerować w ogóle. Zostać w domu i oglądać seriale. W epoce Oonana – nieokreślonym okresie barbarzyństwa – ludzie sami byli bohaterami seriali. Z kategorią: tylko dla dorosłych. Czasem po prostu nie mieli wyjścia.

Oonan jednak postanowił samodzielnie decydować o swoim losie, poszedł w krzaki i tak się złożyło, że od razu rzuciło się na niego sporo ludzi. Obserwowali go z daleka, jak sobie podśpiewywał i czaili się na niego od dłuższego czasu – bo szedł wolno prostą drogą aż po horyzont, a kiedy wreszcie doszedł, to skręcił akurat do ich kryjówki. Dlaczego skręcił? – nie wiadomo. Może czegoś pilnie potrzebował akurat z tych krzaków...?

Ich było ze dwudziestu, on z daleka wyglądał na mniejszego niż z bliska. Poza tym w tych rzezimieszkach, przyzwyczajonych do łatwego łupu zmniejszył się instynkt samozachowawczy – dawno od nikogo nie dostali łupnia. Jak jednak powiadają – co się odwlecze, to nie uciecze – trzeba im było spotkać Oonana, aby się doczekać. Początkowo nic tego nie zapowiadało, bo Oonan nie chciał znów walczyć i mordować ludzi. Na ich widok odezwał się z przerażeniem (że znowu będzie musiał zabijać) – „Proszę, zostawcie mnie w spokoju, dobrzy ludzie!” – nie byli dobrzy i – niestety dla nich – źle odczytali źródło tego jego przerażenia. Rzucili się na niego uzbrojeni po zęby, próbował ich jeszcze uspokoić swoim śpiewem, mylnie myśląc, że kultura załagodzi ich obyczaje, ale pierwsze nuty, które z siebie wydobył wprost doprowadziły ich do szału, do białej gorączki:

– To jakiś magik – krzyknął ich herszt – próbuje nas zaczarować swym okropnym głosem! – Wydobył miecz, ale już nic więcej w swoim życiu nie zrobił, bo nagle się skończyło.

Oonan był niepocieszony:

– Naprawdę tego nie chciałem – znów zaintonował coś, co miało być hymnem pokoju, ale pozostali zbójcy również zawyli – z rozpaczy, nie z powodu utraty wodza, lecz utraty resztek rozumu od tej piosenki i jakby pogodzeni już ze swym okrutnym losem rzucili się pod miecz Oonana – woleli polec, niż słuchać tego dalej, bo nigdy nie słyszeli straszniejszej muzyki.

Na koniec Oonan wziął swój wielki miecz w obie dłonie i, na postrach, zakręcił nim nad głową. Ostatni bandyci ratowali się bezładną ucieczką. Wzbili tylko małe obłoczki kurzu, a gdy ten opadł, Oonan zobaczył, że uciekając porzucili część dobytku obdarzając go w ten sposób kilkoma cennymi fantami. Dość praktyczną niewielką i zgrabną tarczą w całkiem niezłym stanie, bardzo dużym, pięknie ozdobionym nożem i sakiewką z miedziakami.

Zawsze to samo. Zaczynał czuć się jak rabuś. Ilekroć ktoś na niego napadał, aby pozbawić go majątku, w końcu zostawiał mu swoje rzeczy.

Nieco dalej pod drzewem leżał tajemniczo zawinięty tobołek wielkości człowieka. I poruszał się wydając nieludzkie dźwięki.

Rozdział 3: Wysoko urodzona, ledwo odziana

Oonan był urodzonym wojownikiem, ale nie wiedział, co ma z tym wszystkim zrobić. To znaczy tarczę, nóż i sakiewkę zachował – worek z niespodzianką nieco jednak go zaniepokoił. Co było w tym worku? Nie lubił takich pytań, bo ilekroć wpadał mu w rękę zawiązany worek, w środku najczęściej znajdował kota. Czarnego. Nie pytajcie, dlaczego – były to mroczne czasy...

Oonan jeszcze chwilę się zastanawiał, czy w środku nie ma lisa albo pięciu kur albo i jednego, i drugiego, bo worek dziwnie się szamotał. Podszedł wreszcie bliżej, użył swojego nowego noża i rozpakował zawiniątko.

Co było w środku? Związana i zakneblowana kobieta. Patrzyła na niego raz dziko, a raz łagodniej, z nadzieją, jakby nie do końca wiedziała z kim ma do czynienia. Rabusiem, który jeszcze przed chwilą ją więził, czy wybawcą…? Czym prędzej zdjął jej knebel i rozwiązał. Ona wtedy wzięła kij, oparty opodal o drzewo – być może na tym sporym kiju niesiono ją wcześniej jako paczkę – i uderzyła go centralnie w głowę. Mówiąc: – A masz!

Dla Oonana dostać w łeb, to nie nowina. Miał twardą czaszkę i niezły refleks. Przeżył. Jak zwykle. Zatoczył się jednak lekko – oszołomiony nie tyle bólem, co rozwojem wydarzeń, dając czas kobiecie na porwanie z ziemi noża. Najwyraźniej chciała go na nim użyć. Znowu musiał wziąć miecz i wywinąć nim młynka nad głową, to naprawdę nudna robota. Odłożyła z powrotem kij i nóż i usiadła na ziemi, niemal nieruchomo i potulnie. Potwornie blada.

– Jestem Oonan i nie mam złych zamiarów. Jestem wędrownym bardem. Wystraszyłem tamtych ludzi, uciekli i chyba cię tu porzucili. Idę w tamtą stronę – wskazał nieokreślony kierunek. – Jeśli chcesz, możesz się ze mną zabrać. W miarę możliwości mogę czasem cię obronić, jeśli będziesz chciała. Jeśli nie, to idź w swoją drogę. Mnie nic do tego. Ja w planach mam karierę muzyczną.

Rozmarzył się na myśl o tym, jak przyjmie go wielki świat. Z pewnością zrobi wrażenie!

Spojrzała na jego bicepsy, na dwumetrowy miecz, którym tak lubił kręcić młynka. Ogólnie też mu się przyjrzała, uznając, że jest nie tylko wspaniale umięśniony, ale i proporcjonalnie zbudowany. Dosyć przystojny, jeśli nie liczyć kilku blizn, które dodawały mu męskości. Mógłby tylko lepiej się ubierać. Od stóp aż po głów pokrywały go wyroby ze skór dzikich zwierząt, zapewne własnoręcznie przez niego ubitych i spreparowanych. Kamasze z wyprawionej skóry dzika, biodra opasane futrem z niedźwiedzia, klatkę piersiową okrywała martwa pantera, a we włosy wpięte miał nie wiedzieć czemu pióra kaczki. Wyglądał przez to idiotycznie. Z pewnością nie był to ostatni krzyk dworskiej mody.

– Jestem księżniczką i mam do opowiedzenia straszną i epicką historię zniewolenia. Tamci ludzie, złoczyńcy bez sumienia, porwali mnie zdradziecko nocą z zamku – na zlecenie mojej młodszej siostry (tylko dwa miesiące różnicy i ma pryszcze na wielkim nochalu), która chciała, gdy przyjdzie pora, zasiąść na tronie przede mną. Mieli mnie pewnie zabić albo oddać najbliższemu smokowi.

– O, o smoki trudno w tym roku. Musieliby długo cię nieść do najbliższego. Pewnie jednak w końcu by cię zabili.

– Pewnie tak.

On także przyjrzał się jej uważniej, była typową księżniczką. A przynajmniej tak typową, jak sobie je wyobrażał, bo dawno żadnej nie widział, a wiedział, że czasy szybko się zmieniają. No, może nie średniowiecze. Ale przed i po, to zwariowany korowód epok i ich obyczajów.

Jej odzienie, jakkolwiek w ładnych kolorach, było z tak kiepskich materiałów, zapewne pochodzenia roślinnego, że całe te tarapaty niemal porwały je na strzępy i pozbawiły księżniczki okrycia. Dało mu to możliwość lepszego przeglądu jej idealnej figury. Miała też piękną, niepospolitą twarz i zdrowe zęby. Widać, że nie jadła byle czego i stać ją byłoby zadbać o siebie. Długie, bujne, teraz nieco potargane złociste włosy. Duży, duży biust.

– Może jednak by cię nie zabili.

Spojrzała na niego i poprawiła skąpe ubranie, aby lepiej skrywało jej ciało. Nie było to łatwe. Ubrania było mało, a kobiecych krągłości dużo.

– No, dobrze... Opowiedzieliśmy sobie swoje historie [Oonan nie miał okazji, ale jej nie przerwał], a teraz lepiej ruszajmy już w drogę. Ci szubrawcy mogą tu wrócić i przyprowadzić znajomych.

Oonan szczerze w to wątpił, ale nic na to nie powiedział. Zanim ruszyli spytał:

– Jak masz na imię księżniczko?

– Właściwie nie ma już znaczenia to, że jestem księżniczką. Możesz zwracać się do mnie po imieniu. Mam na imię Adelinda.

– Właściwie dokładnie to chciałem robić, zwracać się do ciebie po imieniu. Niby jak inaczej? Właśnie po to o to cię spytałem. Ja, jak już mówiłem, mam na imię Oonan i nie chciałbym, żebyś zwracała się do mnie inaczej.

– Onan? – powtórzyła księżniczka dziwnie wytrzeszczając na niego oczy.

– Nie Onan, lecz: Oonan!

– A, rozumiem – powiedziała wreszcie bez przekonania – Oonan.

Oonan pokiwał głową z zadowoleniem i ruszyli. Głównym traktem. O ile Adelinda mogła się jeszcze cokolwiek obawiać jakichś napaści, o tyle Oonan nie obawiał się niczego.

– Czy idziesz w jakimś konkretnym celu? Masz tam coś do zrobienia, czy chcesz kogoś odwiedzić? – usiłowała podtrzymać rozmowę księżniczka, tylko dlatego, że takiej kurtuazji nauczyli jej na dworze. Naprawdę jej to nie obchodziło zupełnie. Zupełnie.

– Moim celem jest sama wędrówka – odpowiedział jej filozoficznie, bo tak naprawdę był, wbrew pozorom, nieodgadnionym człowiekiem i skrywał niejedną tajemnicę. – Ale dokąd ty zmierzasz?

– Moim celem jest przeżycie. Pójdę wszędzie tam, gdzie będzie bezpiecznie – księżniczka, wbrew pozorom, nie była skomplikowaną osobą.

Rozdział 4: Teodor z lasu

O, drogi czytelniku, wychwalał będę drogę, którą razem ze sobą przebyli prawy i silny Oonan bohater swoich czasów i szlachetna Adelinda. Piękna, uduchowiona niewiasta, nieszukająca łatwych podniet tego świata, ale duchowej strawy w postaci pięknych rycerskich pieśni i bożych hymnów.

Niemniej jak tylko Oonan usiłował śpiewać, chcąc umilić im wspólną podróż brały księżniczkę tajemnicze konwulsje, zataczała się, padała plackiem na ziemię, dziwnym trafem zawsze na miękką trawę. Oonanowi słowa zamierały na ustach i rzucał się tymi ustami do cucenia niewiasty, a ta specjalnie nie protestowała. Oczywiście, gdy mrok zapadał układali sobie posłania daleko od siebie, z mchu i paproci, tudzież miękkich, pełnych liści gałązek i Oonan kładł pomiędzy ich posłaniami swój wielkie miecz, gdyż tak nakazywała tradycja stosunków między rycerzem a damą wysoko urodzoną. Oonan wprawdzie żadnym rycerzem nie był, ale w swoich czasach był kimś mniej więcej na tej pozycji, tylko trochę w lewo i po skosie.

I tak minął dzień i następny dzień zaczynał przygasać i znów zbliżał się czas odpoczynku, droga jednak zaprowadziła ich w sam środek gęstego lasu. Czasami mieli wrażenie, że nie idą drogą, ale ledwie wydeptaną przez zwierzęta ścieżką prowadzącą do wodopoju. Brakowało im tu dobrego miejsca na odpoczynek, czegoś bardziej otwartego, może niekoniecznie rozległej przestrzeni, a urokliwej polanki mogącej pomieścić wygodnie ich dwa zmęczone ciała, jedno duże i drugie mniejsze. Naturalnej sypialni, gdzie nie obijaliby się przez sen o drzewa, bo zwykle nie ma drzew pośrodku sypialni, inaczej nie nazywano by jej sypialnią a lasem.

Poza tym nie chcieli, aby noc zastała ich w środku lasu, bo to kojarzyło im się z czymś niebezpiecznym, przed czym przestrzegały ich w opowieściach na dobranoc babki. Na przykład z wilkiem.

Oonan nie bał się niby niczego, a i Adelinda nie należała do strachliwych. Ale wilk... to było jak jakiś pierwotny lęk. Za który nieraz ludzie tamtych czasów, gdy byli w środku ciemnego lasu, przeklinali swoje babcie, że zakorzeniły im go podprogowym szeptem w ich umysłach.

Niby się więc nie bali, ale przyspieszyli kroku i wtedy usłyszeli żałosne wycie wilka, przypominające śpiew syren okrętowych, aż oboje się wzdrygnęli i przyspieszyli kroku jeszcze bardziej, czyli zaczęli biec. Po prostu uciekać w panice. Po chwili dotarło do nich jednak, że ktoś rozpaczliwie krzyczy, wzywając pomocy:

– Pożar! Booże miłoosierny naa poomoc, Pożaaar! Poożaaar!

Stanęli jak wryci rozglądając się w na wszystkie strony, jedno przerażenie zastępując nowym – skąd może dobiegać ten krzyk i gdzie widać jakiejś płomienie? Bo nigdzie nic nie widać, jest ciemno jak... w środku najciemniejszego lasu oczywiście. Coraz ciemniej i nigdzie nawet najmniejszego poblasku, żadnej łuny pożarowej.

Oonan ostrożnie prowadził Adelindę w kierunku, skąd według niego dobiegały wcześniej krzyki. I po chwili znowu je usłyszeli. Trochę bliżej – bo byli bliżej dzięki znakomitemu uchu i instynktownemu wyczuciu terenu Oonana – i jakby mniej rozpaczliwe.

– Pożar, pożaaar. Ratuujcie!

I wyszli na maleńką przestrzeń, obrośniętą krzewami i otoczoną, niczym palisadą szpalerem wielkich drzew. Pośród krzaków rzeczywiście płonęły dwa ogniki, ale to nie był żaden pożar, a oczy wilka.

– Tak właściwie to psa – powiedział do nich ciemny, zwierzęcy kształt złapany w sidła. Jedna łapa psa zakleszczona była w ogromnych zaciśniętych szczękach pułapki kłusownika.

– Chyba mam złamaną łapę przez to cholerstwo.

– Wilku, ty potrafisz mówić?! – Oonan nie potrafił ukryć zdziwienia, tyle lat żył już na tym świecie, a wciąż dziwiły go takie rzeczy

– To długa historia, może jeśli mnie uwolnicie opowiem wam ją przy kolacji. Prędko, robi się ciemno, a w lesie w nocy jest nieprzyjemnie. Poza tym mówiłem, że nie jestem wilkiem. Ktoś tam w rodzinie wprawdzie był, od strony dziadka, ale to było dawno temu.

– Nie możemy cię wypuścić, bo nas zjesz na kolację – zauważyła trzeźwo księżniczka.

– Jak niby miałbym to zrobić? Spójrz na niego, a potem na rozmiar mojego pyska. Nawet gdybym był wężem, musiałbym go trawić latami. Zdążyłabyś tysiąc razy uciec. Ciebie może mógłbym pożreć… w rozłożeniu na kilka rat – spojrzał na nią i oblizał się dwuznacznie – ale nie jesteś do końca w moim typie.

– Dlaczego krzyczałeś pożar, skoro nic nie płonie?

– Instynktownie. Jak tylko was wywąchałem w tym lesie, to wiedziałem, że to moja jedyna szansa. Mijają tygodnie, zanim zajrzy tu jakiś człowiek. Jeszcze trochę, a zjadłyby mnie tu wilki.

Oonan nie do końca przekonany, wyłamał mieczem żelazo i uwolnił psa.

Był piękny, wielki, umięśniony, wspaniale zbudowany jak na wilka, a jeszcze lepiej, jak na psa. Jego sierść, nieco mysiego koloru, pięknie błyszczała w świetle księżyca w pełni, który właśnie wyszedł na niebo.

– Od razu lepiej. I łapa jednak jest cała. Dziękuję wam z całego mojego psiego serca. Na wolności wszystko wygląda inaczej – wspaniale.

– Jak właściwie mamy do ciebie mówić, wilku, psie, czy czym tam jesteś?

– Teodor. Albo krótko Teo. Lubię to imię, ale nikt do mnie tak nie mówi. Bo nikt do mnie nie mówi. Żyję ostatnio w lesie i jak mówiłem, nie spotyka się tu zbyt wielu ludzi.

– W ogóle dużo mówisz. Jak dla mnie mógłbyś jednak nie mówić – Oonan nie lubił próżnego gadania. Zwłaszcza, że obecność psa zakłócała jego plany prostej wędrówki przed siebie w miłym towarzystwie i w towarzystwie własnego śpiewu. Nawet, gdy nie śpiewał, a cucił księżniczkę. To cucenie na miękkiej trawie zaczynało mu się podobać.

Księżniczka była innego zdania.

– Ależ nie, to jest cudowne, mów, jak najbardziej mów. Jak najwięcej. Nigdy jeszcze nie spotkałam mówiącego zwierzęcia.

Dwie godziny później zmieniła zdanie.

... ciąg dalszy w pełnych wersjach książek (EPUB, PDF) na Empik.com, Virtualo.pl i Amazon.pl (druk)

Przewijanie do góry